Relacja z Top Gear Live Polska – POLSKA GÓRĄ!

Top Gear Live Polska

Great news everybody! Polska wygrała mecz w piłkę nożną i to na Stadionie Narodowym! Przeciwnikiem też był nie byle kto, bo sama Anglia! Nie był to jednak zwykły mecz z naszą wyśmienitą reprezentacją, która nie tak dawno zmasakrowała niezwyciężonych piłkarzy z San Marino. Tym razem zamiast piłkarzy na boisko wjechały samochody! W drużynie angielskiej za sterami Suzuki Swiftów zasiadali znani na całym świecie prezenterzy Top Gear: Richard Hammond, James May i Jeremy Clarkson. Nie mogło też zabraknąć tajemniczego The Stig’a, który w swoim zwyczaju nie do końca zrozumiał zasady rywalizacji i strzelał bramki, tam gdzie miał wygodniej… Zacięty mecz zakończył się wynikim 5:2! Szkoda, że nie wiedzieliśmy kto zasiadał za kółkiem polskiej reprezentacji, ale myślę że trener Fornalik już na nich ostrzy zęby.


Ale zacznijmy od początku, ponieważ samochodowy mecz piłki nożnej był ostatnią z atrakcji jaką przygotowali nam prezenterzy legendarnego programu Top Gear. Edycja Specjalna Vervy Street Racing rozpoczęła się o godzinie 15:30 od tak zwanego PIT party. Było to nic innego jak kilkanaście tematycznych stanowisk rozstawionych wokół stadionu, gdzie mogliśmy podziwiać najróżniejsze pojazdy. Moim zdaniem, autami tej części były: fantastyczny Jaguar XJ220 oraz niespodziewany gość tej imprezy – Jaguar Project 7. Poza tym mogliśmy zobaczyć auta takich marek jak Lamborghini, Ferrari, Porsche, czy nawet Weissmann. Pojawiły się też pojazdy typowo wyścigowe czy nawet rajdowe. Z tej klasy najciekawiej prezentowały się auta z amerykańskiej serii Nascar oraz z wyścigowy Saleen S7. Nie zabrakło też dymu spod kół i podniebnych ewolucji na motocyklach, które mogliśmy oglądać w specjalnej strefie Monster Energy. Około godziny 17:30 ta część wydarzenia została zamknięta, bramy stadionu otwarte i wszyscy zaczęli zajmować swoje miejsca. Trochę szkoda, że nawet media nie mogły zostać chwilę i porobić zdjęcia bez dzikich tłumów…


Następna część programu to tak zwane PRE SHOW, czyli coś, co miało nas rozgrzać przed atrakcją wieczoru – trzema starszymi panami jeżdżącymi supersamochodami. Niestety, w tej części organizatorzy się nie popisali, a atrakcje jakie nam zaprezentowali były dość nudne i monotematyczne. Najciekawszy spektakl to „rakietowa” ciężarówka, która jeździła na tylnych kołach. Poza tym, pokazano jeszcze jazdę na rowerach trialowych, pościg amerykańskiej policji i wyścig Fiatów 126p cabrio. Wszystko raczej mało efektowne, a na stadionie robiło się naprawdę zimno…


Kolejny element imprezy to pokaz Verva Street Racing. Na pierwszy ogień poszli drifterzy, którzy odstawili całkiem niezłe show w jeździe synchronicznej bokiem. Tego dnia drift przewijał się kilkukrotnie, ponieważ na stadionie odbywały się mini zawody, które wygrał Jakub Przygoński. Nie obyło się też bez wpadek organizatorów, ponieważ zwycięzców poszczególnych rund (ćwierćfinał, półfinał, finał) wybierała publiczność. Organizatorzy mierzyli wrzawę z trybun za pomocą magicznego urządzenia na telebimach, które pokazywało jak jest głośno. Podczas jednego z półfinałów jeden z drifterów uszkodził samochód i nie dojechał do końca, jednak zgodnie z zasadami – publiczność i tak mogła go wybrać. I moim zdaniem, tak się stało, ponieważ okrzyki były zdecydowanie głośniejsze. Niestety maszyna mierząca pokazała inny wynik…


W międzyczasie na płycie stadionu pojawiły się miedzy innymi piekielnie głośne Porsche 911 GT3 Cup czy samochody rajdowe. W jednym z nich zasiadał ulubieniec Polaków – Adam Małysz, który został również tego dnia wybrany najlepszym kierowcą wieczoru. Wybierało się ich spośród zwycięzców 4 dyscyplin jakie pokazano: Drift, Porsche Cup, Rajdy osobowe i Rajdy terenowe. Po tym wszystkim na ogromnych telebimach włączył się ogromny stoper, który odliczał ostatnie 15 minut do głównej atrakcji wieczoru. A uwierzcie mi, o ile do tej pory było momentami nudnie, na główną atrakcję warto było poczekać.


I oto są! Richard Hammond, James May i Jeremy Clarkson w swoim stylu wjechali na płytę Stadionu Narodowego w Warszawie na… w zasadzie nie wiem jak nazwać pojazd, na którym się poruszali, wiem tylko, że posiadał silnik z Corvetty, miał telewizor, skórzaną sofę i fotel, i potrafił kręcić bączki, czym Jeremy nie omieszkał się popisać. Rundka honorowa po stadionie i się zaczęło… od żartu z Polaków, którzy według ekipy TG wszyscy pracują w Anglii jako hydraulicy. I jak dowiedzieli się, że na stadionie jest aż 58 tysięcy ludzi, to ze zdziwieniem popatrzyli się na siebie, bo się zastanawiali kto w tym czasie w razie czego naprawi ich toaletę… Cóż, gwizdy od 58 tysięcy widzów szybko postawiły na nogi całą trójkę, od tej pory było już tylko wychwalanie polskiej publiczności.


Nie mogło obyć się bez wybuchów, płomieni i dużej ilości spalonego paliwa. Pierwszą konkurencją wymyśloną przez Jeremiego był wyścig rydwanów zaprzęgniętych w połączone ze sobą skutery. Oczywiście, na scenie nie mogło zabraknąć osoby, która podobno nie wie jak się nazywa czyli tajemniczego jeźdźca o kryptonimie The Stig. Co ciekawe, w tej konkurencji nic ani nikt nie ucierpiał… To się, na szczęście, zmieniło w samochodowym curlingu (pchanie czajników po lodzie). Richard z Jeremym zacięcie walczyli, rozwalając nawzajem samochody i siebie. Następnie najwyższy z trójki zaczął wychwalać Polaków i to co polskie. Łatwo było się domyślić, że zaraz przejdzie do puenty w której wypunktuje to, w czym jesteśmy beznadziejni. I, o dziwo, nie chodziło mu o piłkę nożną, tylko o nasze samochody.


Wraz z tymi słowami na scenie pojawił się Polonez, Fiat 125p oraz Fiat 126p, które zostały wyzwane przez Anglików do wyścigu. Polskie maszyny miały ścigać się z prawdziwymi brytyjskimi autami, którymi okazały się 3-kołowe Relianty Robin. Fani serii Top Gear bardzo dobrze znają te samochody, które na każdym ostrym zakręcie się wywracają. I dokładnie tak było podczas wyścigu, w którym auta leżały częściej niż małe dzieci. Górą oczywiście polska motoryzacja. W nagrodę na stadion wjechał ogromny monster truck, który wystrzelił w kierunku naszych samochodów motocykl… Tak wiem, że brzmi to jak science-fiction, ale naprawdę wielki samochód z działem zamontowanym na pace zniszczył pięknego poloneza… Ostatnią częścią programu był mecz piłki nożnej opisany na początku artykułu. Pomiędzy konkurencjami na scenę wjeżdżali liczni kaskaderzy, którzy popisywali się jeżdżąc autami w płomieniach czy też latali na motocyklach.


Top Gear Live edycja polska okazał się niesamowitym sukcesem. Jeszcze nigdy na tym przedstawieniu nie było tak dużej widowni (do tej pory największe show miały około 20 tyś widzów). Owszem, momentami było nudno i zimno, a dźwięk głośników był zdecydowanie za mocny. Jednak jak scenie pojawiła się wielka trójca motoryzacji, to momentalnie wszystkie te błędy zostały zapomniane. Nawet osoby nie interesujące się motoryzacją podczas przedstawienia Top Gear Live nie mogły się źle bawić.




Bartłomiej Urban