Abarth 500 Esseesse – AUTO TEST

15 sierpnia 2012
tekst: Patryk Rudnicki, zdjęcia: Patryk Rudnicki
abarth-500-2012-1

Dowód

Leży na słońcu i obserwuje muskane delikatnymi powiewami wiatru rośliny. Jest początek sierpnia, czas największych upałów oraz lejącego się z nieba żaru, ale jakie to ma znaczenie? Właściwie żadne – godziny popołudniowe lubi czasami spędzić na innym, mniej uczęszczanym terytorium, zaś swoją aktywność wykazuje dopiero pod osłoną nocy. Wbrew pozorom czytany artykuł nie będzie kolejnym odcinkiem dokumentu z podłożonym głosem Krystyny Czubównej, choć taka formuła mogłaby jak najbardziej pasować. Zamiast ostrej walki, samczej konkurencji i demonstracji faktycznych możliwości zajmiemy się raczej grzmotami układu wydechowego, prowokującą niegrzeczne odruchy aparycją i zapachem totalnie spalonej gumy. Niniejszy bohater ma dużo wspólnego ze światem fauny, a jednocześnie prycha i ma gdzieś jej faktyczne dobro. Oto mechaniczny skorpion wcale nie udający, że jego środowiskiem są ciepłe asfalty – Abarth 500 esseesse …

Rzadki pancerz

Zbliżenie się do niego jest czymś wyjątkowym, ujrzenie między kanonadą standardowych Volkswagenów – niespotykanym, a szybkie dotknięcie – tajemniczym przeżyciem. Opisywany Abarth jasno sygnalizuje do którego grona pojazdów winniśmy go zaliczać. Białe lusterka, krwistoczerwony lakier nadwozia, tylny spojler, specjalny zestaw aerodynamiczny dysponujący efektownymi wlotami powietrza i kilka elementów budzącego u laików drwiny pakietu esseesse (np. 17-calowe, białe felgi ze stopów metali lekkich czy emblematy na pokrywie jednostki oraz klapie bagażnika) – to samochód dla mamy z czteroletnią pociechą? Absolutnie nie! Dzieło firmy ze skorpionem może nie budzi jakiegoś szacunku (wszak to nadal inaczej ubrana, filigranowa 500-tka, a nie szalone Lamborghini), jednak pasy z boku nadwozia i cztery końcówki układu wydechowego przyciągają wzrok nawet tych mniej zainteresowanych branżą czterech kółek. Faktycznie – początkowo myślałem, że taka ilość „kominów” w reprezentancie wielkomiejskiej codzienności będzie zwykłym przerostem formy nad treścią, ale myliłem się. Abarth 500 esseesse wygląda jak rozpalony do czerwoności brzdąc, który nie otrzymał z samego rana butelki wypełnionej ciepłym mlekiem i dobrze. On taki ma być – zadziorny, opryskliwy i bardzo niegrzeczny.

Filigranowy świat

Otwarcie stosunkowo masywnych drzwi ujawnia przed nami iście filigranowy świat jakim raczy swojego kierowcę zmodyfikowana 500-tka. Mimo przyzwyczajeń „retro Fiata” kabina Abartha jest bardziej surowa. Inżynierowie odłożyli zabawkowy charakter na bok aplikując sportowe, świetnie trzymające ciało fotele, poręczną, niewielką, skórzaną i spłaszczoną u dołu kierownicę z emblematem „żółto-czerwonego” pajęczaka oraz wskaźnik doładowania nieopodal średnio czytelnych zegarów. Biorąc pod uwagę dane elementy jasno można stwierdzić, że to nie jest włoski, zwykły i, okraszony przydomkiem dziewczęcego, samochód z liczbą 500. Owszem, jakość użytych materiałów wyścielających deskę rozdzielczą, choć nieźle spasowanych, należałoby określić mianem dyskusyjnej (jedynie daszek nad zegarami obszyto skórą), ale przecież w samochodzie napakowanym sportowymi emocjami takie szczegóły nie grają większej roli.

Doskonale zdaję sobie sprawę, że płacąc niemałe w końcu pieniądze jak za malutkiego chrabąszcza oczekujemy auta pod każdym względem naprawdę wysokich lotów, jednak 500 esseesse przykłada ogromną wagę do innych elementów. Niech będzie – z dziennikarskiego obowiązku powiem, że testowany egzemplarz miał bogate wyposażenie (np. automatyczną klimatyzację, biksenonowe reflektory, fotochromatyczne lusterko, system Blue&Me, światła do jazdy dziennej, nawigację Tom Tom czy audio sygnowane przez firmę Interscope), dobrze wyprofilowane siedziska potrafiły być całkiem wygodne nawet na dłuższej trasie, zaś bagażnik miał pojemność 185 litrów, ale nie o takich rzeczach winniśmy rozmawiać. Odłóżmy świat praktyczności, luksusu, miejsca oferowanego przez tylną kanapę oraz codziennej użyteczności na bok i oddajmy się prawdziwym, czystym, a zwłaszcza nieskrępowanym ekologicznymi ideami uczuciom jakie wypływają z tego skorpiona …

„Fun” to podstawa

Pierwsze spotkanie z rozbudzającym motoryzacyjne pożądanie Abarthem jest chwilą izolacji od świata zewnętrznego. Nawet miejski zgiełk, praca silników czy dosadna kwestia osoby towarzyszącej: „Wszystko jest ok?” nie są absolutnie w stanie zmącić tego powiązania między człowiekiem i maszyną. Zajmujesz odpowiednią „lokatę”, krępujesz ciało pasem bezpieczeństwa, a otwierany kluczyk przekręcasz na „AVV”. Do życia budzi się wbrew pozorom mała, 1.4-litrowa jednostka Twinair generująca dzięki pakietowi esseesse aż 160 KM. Biorąc pod uwagę masę całkowitą wynoszącą 1110 kilogramów spodziewasz się znakomitych przyspieszeń, natomiast bulgoczący wydech jedynie potwierdza Twoje domysły. To rzeczywiście reprezentant miejskiego segmentu zbudowany na bazie kultowego Fiata 500? Każde dodanie gazu na biegu jałowym zwiększa wrażenia akustyczne. Cztery końcówki prychają, krzyczą wysokim basem i delikatnie strzelają po odpuszczeniu „magicznego” pedału. Dosyć tych wrażeń na „pół gwizdka” – czas zapiąć bieg numer jeden …

„Łapiące” dosyć nisko sprzęgło trzeba odpowiednio wyczuć, ale taki jest opisywany Abarth – z jednej strony całkiem zadbany i estetycznie podający klientowi swoje walory, a z drugiej odrobinę nieokrzesany i posiadający wrodzone nawyki, których absolutnie nie próbujcie „regulować”. Twarde zawieszenie aż się prosi, by niestandardowa 500-tka rozwinęła skrzydła. Dociskasz więc gaz i czujesz solidne kopnięcie w plecy – to znak, że 1.4-litrowy motor rozpoczyna swoją optymalną pracę. Kolejne wkręcenie – 2, 3, 4, 5, 6, 7 tysięcy obrotów na minutę – silnik krzyczy z radości, wydech proporcjonalnie dostarcza odpowiedniej „ścieżki dźwiękowej”, a Ty pokonujesz następne kilometry z szerokim uśmiechem i średnim spalaniem na poziomie 6,7 l (najniższe jakie udało się zarejestrować to 5,2 l/100 km, ale była to głównie trasa). Wydałeś jednak zacną sumę pieniędzy i oczekujesz czegoś więcej, przyspieszenia na miarę swobodnej jazdy torowej, emocji gwarantujących znacznie szybsze bicie serca i to wszystko da Ci guzik z napisem „Sport”. Aktywuj go, włącz dodatkowo funkcję TTC (system pomagający w razie ewentualnego uślizgu kół) i poczuj adrenalinę. 500 esseesse zrobi się jeszcze twardsze, system podpowiadający optymalną zmianę biegu zostanie uśpiony, reakcja na gaz będzie momentalna, a Ty lepiej załóż przewiewny t-shirt, gdyż kręcenie spłaszczonym u dołu wolantem będzie Cię kosztować sporo sił. Nawiercane hamulce Brembo (element pakietu esseesse) zapewnią natomiast efektywne wytracenie prędkości, której sukcesywna kontrola należy raczej do ciężkich zadań. Abarth okraszony metką historycznej 500-tki przeniesie Twoje ciało i osobowość do kompletnie innego świata czterech „gum”. Ja wiem, że opisywane auto nigdy nie zagra w lidze gdzie karty rozdaje ultraszybkie Ferrari czy dorzucający jeszcze ręcznie składane, luksusowe warunki Aston Martin, ale nie musi. Czerwone esseesse (jak i każdy egzemplarz danego samochodu) zmieni w pewnym sensie już nie tylko Twoje, ale większości ludzi postrzeganie motoryzacji, osiągów i radości z prowadzenia auta.

Drogie wrażenia

Testowany przeze mnie Abarth kosztuje niemało. Oczywiście cenę możemy rozpatrywać w dwóch podstawowych aspektach – czy warto uzupełnić „kieszenie” dealera kwotą 84 574 złotych (cena „naszego” egzemplarza) i czy jest to rzeczywiście duża suma za to co dostaniemy w zamian? Jedna rzecz należy do grona tzw. pewniaków – 500 esseesse jest absolutną zabawką, samochodem niepraktycznym i mało funkcjonalnym, to auto dla „petrolhead’ów” zakochanych w motoryzacji czystą jak łza oraz prawdziwą miłością, którzy dbają o samochód i go pielęgnują. Abarth tak naprawdę nie posiada bezpośredniej konkurencji (ewentualnie świeże Twingo RS lub Swift Sport, które ze 133 i 136 KM i tak będą odstawać pod względem mocy od wersji esseesse) i to czyni go również wyjątkowym. Malkontenci zapewne powiedzą, że jest niewielki oraz taka moc absolutnie im do szczęścia nie jest potrzebna, ale to wbrew pozorom znakomita informacja.

Najwięksi tego świata – Aventador, świeże F12 Berlinetta, Gallardo czy McLaren o dziwnie brzmiącej nazwie MP4-12C wzbudzają szereg dyskusji i kontrowersji, a pod tym względem zmodyfikowana 500-tka idealnie tutaj pasuje. Wiem, to szaleństwo obok filigranowego sportowca umieszczać mechaniczne tuzy i bogów prędkości, ale tytułowy bohater jest dowodem na to, że chęć wyróżnienia się nie musi być zawsze okupiona rozjuszonym koniem lub bykiem na masce. Abarth 500 esseesse to nadal rzadki widok na polskich drogach szalenie przyciągający uwagę osób trzecich i motywujący dociekliwe pytania: „Ile to ma koni mechanicznych?”, „Czy jest drogie?”, „Co to w ogóle jest?”

Odpowiadając zatem na pytania dotyczące jego ceny klarownie powiem, że 85 000 złotych są momentami zaporową wartością, ale zostawiając ją na blacie u lokalnego dealera, codziennie rano spoglądając na zadziorną aparycję świeżego nabytku, ciesząc się jego wyjątkowym charakterem i dodając gazu myślę, że to będą naprawdę dobrze rozdysponowane pieniądze …

DANE TECHNICZNE ABARTH 500 ESSEESSE

silnik / pojemność

benzyna / 1368 cm3

układ / liczba zaworów

R4 / 16

moc maksymalna

117 kW (160 KM) / 5750 obr/min

moment obrotowy

230 Nm / 3000 obr/min (tryb sportowy)

zawieszenie przód

kolumny MacPhersona

zawieszenie tył

belka skrętna

napęd

przód

skrzynia biegów

manual, 5 biegów

prędkość maksymalna

211 km/h

przyspieszenie 0-100 km/h

7,4 s

zużycie paliwa*

wg. producenta: 8,5 / 6,5 / 5,4

nasz test: 8,8 / 6,7 / 5,2

dług. / szer. / wys.

3657 / 1627 / 1488 mm

rozstaw osi

2300 mm

masa własna / dopuszczalna

1110 / – kg

bagażnik w standardzie

185 l

bagażnik po złożeniu siedzeń

pojemność zbiornika paliwa

35 l

EKSPLOATACJA I CENA
gwarancja mechaniczna

2 lata

przeglądy

co 15 tys. km lub co rok

cena wersji podstawowej

66,590 zł

cena wersji testowanej

85,570 zł (wersja esseesse + dodatki)

*miasto/trasa/cykl mieszany (l/100 km)

Wszelkie prawa do publikacji bez zgody redakcji zabronione!