Volkswagen Golf GTI vs Volkswagen Golf R – PORÓWNANIE

14 września 2016
tekst: , zdjęcia:
Porównanie Volkswagena Golfa GTI i Golfa R

Wybór odpowiedniego, niesfornego hatchbacka to jak dobór stosownej diety do naszego organizmu – analiza dziennego zapotrzebowania kalorycznego, dostosowanie menu pod wybredny gust, dokładne obliczenia poszczególnych wartości odżywczych czy coś takiego. Prawda brzmi jednak następująco: moja stopa nigdy nie przekroczyła progu gabinetu dobrze opłacanego dietetyka, kalorie widuję na metkach poszczególnych produktów, a rachowanie pozostawiam matematykom. Jaki z tego wniosek? Stosunkowo prosty – nie znam się na odchudzaniu, a jakiekolwiek „ograniczanie w jedzeniu” mógłbym planować wyłącznie na kartce papieru. Czy z hot hatchami sytuacja wygląda podobnie? Wymagana jest znajomość tego wąskiego, ale jakże emocjonującego rynku, by móc postawić na wybrukowanym podjeździe szalonego hatchbacka? Zależy czego będziemy od niego oczekiwać…


Piękny i bestia?

Skupiając się na podwórku Volkswagena można odnieść wrażenie, iż jest ono dosyć skąpe, ale jednocześnie też bardzo interesujące. Motywem przewodnim (co nie będzie specjalnie zaskakujące) jest oczywiście Golf i udało nam się porównać dwie jego wersje, które mogą ostro ze sobą polemizować, a ich właściciele w sposób niewidoczny wyobrażać sobie swojego oponenta nad rozgrzanym grillem. Jeszcze niedawno wybór był raczej oczywisty – zwolennik niemieckiej marki, poszukujący zarówno odrobiny stylu, praktyczności, jak i pochlebnych opinii swoich znajomych, kupował GTI – najlepiej w białym kolorze nadwozia z czerwonymi elementami oraz słusznych rozmiarów felgą. Dzisiaj jest już trochę inaczej…


Obok faktycznie białego Golfa z charakterystycznymi oznaczeniami GTI, czerwonymi wstawkami oraz podwójnym zakończeniem układu wydechowego, postawiliśmy jego najszybszą odmianę R – tym razem w czarnym lakierze nadwozia, z równie czarną, 18-calową felgą i czterema „kominami” pod tylnym zderzakiem. To nie był przypadek – oba samochody widoczne na zdjęciach w prospektach producenta widnieją jako Golf, oba reprezentowały rodzaj nadwozia typu hatchback i oba były pięciodrzwiowe, ale tylko jeden wołał: „Zabiję Cię na pierwszym lepszym zakręcie”. Inżynierowie Volkswagena dokonali czegoś niesamowitego na długości około 4276 mm (i nie mówię o tym, że uczynili z Golfa samochód na swój sposób porywający) – w „budzie” klasycznego hatchbacka z Wolfsburga, która posiada identyczną linię, prawie identyczne światła (w „R-ce” praktycznie w pełni LED-owe z przyciemnionymi tylnymi kloszami) oraz przetłoczenia, mądre głowy Volkswagena zamknęły dwa różne charaktery. GTI jest pojazdem, na który z przyjemnością się patrzy, doszukuje stylistycznych niuansów, nawet i trochę podziwia, przy czym większość i tak doskonale zdaje sobie sprawę, że to nie jest zwykły Golf. Nudna otoczka i uporządkowany charakter zostały tutaj przykryte delikatną płachtą agresji, mocy oraz historii. Wiemy, a raczej spodziewamy się, że GTI Anno Domini 2016 to nie tylko inny zestaw ospojlerowania czy dwie, przyjemnie mruczące końcówki układu wydechowego – to również 230 koni mechanicznych (z pakietem Performance) napędzających zgrabnego bądź co bądź hatchbacka.

Jak to wygląda w przypadku 300-konnego Golfa R, mieliście już okazję przeczytać na naszych łamach nieraz, ale „R-ka” przekazuje jeszcze bardziej sprecyzowany komunikat dla osoby postronnej: „Jestem Golfem, niemniej jednak te zderzaki, trochę już grzmiący układ wydechowy i typowo „anty” nastawiona do społeczeństwa sylwetka powodują, że mam swój odrębny świat”. Trochę tak jest – Golf R nie rzuca na kolana wysmakowanymi detalami, sprawia wrażenie obrażonego na całe otoczenie, a zainteresowanych karmi delikatnymi literkami R tu i ówdzie. Oba samochody potrafią zwrócić czyjąś uwagę, ale oba też robią to na swój indywidualny sposób – GTI kusi odnoszącym się trochę do historii całokształtem, podczas gdy R nienachalnie przykuwa uwagę mocą i agresją… I robi to zdecydowanie efektywniej…

Stylowo i „stylowo”?

Otwarciu wygodnych, „Golfowych” drzwi towarzyszy pewnego rodzaju osobliwe uczucie, gdzieś pałętająca się myśl: „Mam przed sobą odzwierciedlenie absolutnej nudy oraz wyznacznik bycia uporządkowanym człowiekiem (pomijając rzecz jasna koncernowe rodzeństwo lub chociaż kuzynostwo w postaci czeskiej Škody) – dlaczego więc przepełnia mnie nieco pohamowywane uczucie podniecenia tudzież względnej satysfakcji?” Tak, mówimy o Golfie, zatem rozlokowanie poszczególnych instrumentów wyposażenia pokładowego jest niemal wzorowe, czytelne i zwyczajnie proste, obsługa dwustrefowej klimatyzacji czy dominującego tutaj, dotykowego ekranu systemu multimedialnego przypomina parzenie herbaty, natomiast jakość poszczególnych materiałów wykończeniowych stoi na naprawdę przyzwoitym poziomie. To wszystko jednak wiemy i po wielokrotnej już wizycie Volkswagena Golfa w naszej redakcji jesteśmy zmuszeni przyznać brak zaskoczenia jeżeli chodzi o „praktyczne” odczucia z użytkowania niemieckiego hatchbacka, niemniej jednak wersje GTI oraz R nie będą kusić potencjalnych nabywców podwieszonym zapachem w kształcie kostki mydła czy też tapicerką w serek…


Kilka specjalnych oznaczeń, niebieskie wskazówki w zegarach, identyczne kolorystycznie podświetlenie drzwi przednich (wielka szkoda, że w obu przypadkach wyłącznie drzwi przednich) czy też czarną podsufitkę topowego Golfa dobrze znamy i wspomniane elementy sprawiały do tej pory bardzo przyjemne wrażenie, aczkolwiek wnętrze „R-ki”, oczywiście subiektywnie, odbieram nie jako coś wybitnie charakterystycznego – to środek będący odzwierciedleniem stanu faktycznego czyli stojącej najwyżej w hierarchii Golfów odmiany R. Trochę inaczej jest w przypadku wersji GTI i wcale nie chodzi o powtarzaną do znudzenia formułkę historyczną. Czerwone wskazówki zegarów, identyczne podświetlenie drzwi (przednich) oraz przeszycie trójramiennej kierownicy, stosowne oznaczenia, czarna podsufitka i charakterystyczna tapicerka w kratę – ten Golf dysponuje elementem, na który większość pewnie nie zwraca szczególnej uwagi (co może być w gruncie rzeczy uzasadnione). Ma styl, odrobinę indywidualnego charakteru, cząstkę, której nie można podrobić. Reszta jest bardzo podobna – mamy wystarczająco bogate wyposażenie, znakomitą pozycję za kierownicą, dobrze trzymające w zakrętach fotele czy podobną ilość miejsca. Niewielka różnica tkwi jednak w szczegółach, choć nie zawsze…

Efektywnie i bardzo efektywnie

Największą zagwozdką niniejszego porównania, a co za tym idzie wnikliwym poszukaniem odpowiedzi na pytanie „czy warto?”, okazała się kwestia układu napędowego. Oba Golfy dysponowały 2-litrowym silnikiem TSI, oba były turbodoładowane i zasilane benzyną, oba też dysponowały 6-biegową, automatyczną przekładnią DSG, jednak różnice były zauważalne. GTI generowało 230 koni mechanicznych z pakietem Performance i cała moc trafiała na przednie koła. Efekt? Bardzo zrywne przyspieszanie, świetna dynamika, niejednokrotna utrata przyczepności oraz przyjemne „popierdywania” układu wydechowego, ale Golf R potrafił pod tym względem więcej. 300 koni mechanicznych przekazywanych na cztery koła dosłownie wgniatało pasażerów w siedziska, gwarantowało większą efektywność i szerszy uśmiech na twarzy wiezionych osób, ale co oprócz tego? Czy wrzeszczący układ wydechowy „R-ki” (nawet w trybie Comfort jego dudnienie było wystarczająco donośne), jego niesamowite czasy przyspieszeń i wrodzona narowistość będą pomagać w codziennym użytkowaniu? Tutaj powstaje mały problem…


GTI czy R?

Redakcyjne „rolki” wykazały coś, czego się spodziewałem, niemniej jednak dały też nieco do myślenia. Przewaga mocy i efektywność Golfa R dzięki napędowi 4MOTION jest niepodważalna, ale start „lotny” z około 60 km/h pokazuje, że do mniej więcej 150 km/h oba samochody przyspieszają w porównywalnym tempie. Przewaga „R-ki” zarysowuje się nieco później lub, co chyba oczywiste, przy starcie zatrzymanym. 70 koni mechanicznych robi tak wielką różnicę? Otóż subiektywnie nie – Golf R jest oczywiście mocniejszy, szybszy, bardziej efektywny i szalony oraz posiada nieco krócej zestopniowaną skrzynię biegów, ale tak właśnie ma być. Volkswagen wydał światu „R-kę”, by ta straszyła przechodniów, ośmieszała innych kierowców, była mało ekonomiczna i utrzymywała 3 tysiące obrotów przy autostradowych 120 km/h (GTI przy tej prędkości ma jakieś 2300 obrotów). Czy jest uzasadniony sens dopłacania (w przypadku testowanych egzemplarzy) prawie 40 000 zł, by mieć topowego Golfa pod domem?


Ujmę to w ten sposób: kupno najdroższego telefonu komórkowego nie zawsze idzie w parze z możliwościami i oczekiwanym efektem. Złożenie parafki na umowie dotyczącej któregokolwiek z tych dwóch samochodów będzie się wiązało z wysokimi ratami kredytu, ale przede wszystkim ze świadomością nabycia pojazdu wyjątkowego; wyjątkowego na swój sposób. GTI dostarczy wrażeń organoleptycznych, zachwyci przez moment ciekawymi detalami, w komfortowych warunkach pokona autostradę, pokona również oponenta na światłach i będzie cieszyć przy każdorazowym zajęciu w nim miejsca. Golf R także zapewni praktyczność i godne warunki do pokonywania tras (głównie krótkich lub po prostu miejskich), ale zrobi to w swoim stylu – trochę brutalniej, bardziej szalenie i mniej wyrafinowanie. W kontekście tych dwóch samochodów niesamowicie interesująco brzmi sprzedaż Golfa GTI Clubsport, który w najlepszym przypadku będzie generował do 290 koni mechanicznych…

12 Comments

Leave A Comment