" Dakarowiczka ! "

Urodzona w Kolonii 44-letnia Jutta Kleinschmidt jest jedyną kobietą, która zwyciężyła w Rajdzie Dakar. Jego 29. edycja rozpoczęła się w ubiegłą sobotę w Lizbonie. Trasa liczy 7915 km, prowadzi w 15 etapach przez 6 państw i kończy się 21 stycznia w Senegalu.

-Spiegel: Już po raz siedemnasty uczestniczy pani w rajdzie Dakar. Czy dziś uważa się pani za lepszego kierowcę wyścigowego?

-Kleinschmidt: Oczywiście, najważniejsze jest bowiem doświadczenie. Na przykład wydmy. Zawsze są wielkim wyzwaniem. Pędząc przez pustynię, trzeba polegać na tym, co się widzi. Wiem już, kiedy mogę przejechać przez wydmę, a kiedy lepiej ją ominąć. Jeśli piasek jest czerwony to znaczy, że jest twardy. Im piasek bielszy, tym bardziej miękki, bardziej sproszkowany. Wtedy opłaca się nadłożyć drogi.


Za pozwoleniem, nie jest pani już najmłodsza. Czy wiek nie stwarza problemów?

-Fizycznie nie czuję się jeszcze słaba, jeśli o to panu chodzi. Oczywiście mój kręgosłup nie jest już nowy, ale nadrabiam to treningiem fitnessu. Potrafię też wiele znieść. Pewnego razu przez trzy dni jechałam ze złamaniem śródstopia. Po prostu nie zdejmowałam wtedy buta.

Jaka wysoka będzie temperatura wewnątrz auta?

-W Maroku jest stosunkowo chłodno, 30 stopni, ale gdy dotrzemy do Mauretanii, zrobi się ponad 50 stopni. Mam ognioodporny kombinezon, a klimatyzacji nie ma. Jeden etap to tyle co pięć godzin w saunie.

Jak pani to wytrzymuje?

-Staram się dużo pić za pomocą rurki z plecaka wiszącego za fotelem. Nie mogę jednak przesadzić, bo musiałabym zatrzymywać się na siku, a na to nie mam czasu. Mężczyźni są w lepszej sytuacji, mogą sobie zawiesić plastikowy woreczek między nogami. Podczas jazdy niczego nie jem, za to na śniadanie zjadam zawsze wielki talerz makaronu.

Ma pani czas na podziwianie krajobrazu?

-O tak, czasami chętnie bym się zatrzymała i zrobiła kilka zdjęć. To genialne uczucie – uświadomić sobie, że jest się w miejscu, w którym być może jeszcze nigdy nie było żadnego człowieka. Dlatego mniej podnieca mnie w tym rajdzie dreszczyk emocji, a bardziej chęć przeżycia przygody, odkrycia czegoś nowego. Gdybym żyła 500 lat temu, na pewno zostałabym odkrywcą, jak Kolumb.

Czy pani się czasami boi?

-Na Saharze czuję się pewniej niż na autostradzie Kolonia-Frankfurt. Oczywiście na pustyni zdarzają się także parszywe sytuacje, gdy błędnie ocenię jakiś zakręt albo niespodziewanie pojawi się dziura na drodze. Wtedy się boję, wzdrygam się i mówię: a gówno!

A miny, rebelianci i halucynacje?

-Wiadomo przecież, że pogranicze między Zachodnią Saharą a Mauretanią jest zaminowane. Jeśli ktoś zjedzie ze szlaku, nie można mu już pomóc, i to w najprawdziwszym znaczeniu tego słowa. A rebelianci? Wprawdzie mam zawsze przy sobie gotówkę, tak na wszelki wypadek, gdybym musiała kupić paliwo lub co innego, ale dotychczas nikt na mnie nie napadł. Za to widziałam już fatamorganę, widok był naprawdę piękny.

Rajdy to domena mężczyzn, pani zaś w 2001 roku wygrała Rajd Paryż-Dakar. Jak odnoszą się do pani koledzy?

-Właściwie przestali już dziwnie na mnie spoglądać. Ich miny zdradzały, że zastanawiają się, co ja właściwie tu robię. Ale boją się ze mną przegrać. Teraz ostro walczą, gdy chcę ich wyprzedzić. Najwyraźniej facetom trudno przełknąć fakt, że kobieta jest od nich szybsza.

Po raz pierwszy od 1998 roku znów jedzie pani dla prywatnego teamu, X-raid-Team Svena Quandta. Jak ocenia pani swoje szanse?

-Jesteśmy Dawidem – zespoły fabryczne VW i Mistubishi to Goliat. Mają budżety znacznie większe od naszego. Chciałabym, żebyśmy stanęli na podium.

Pani matka samotnie wychowywała cztery córki, ojciec nie płacił alimentów. Czy to ona nauczyła panią, jak być silną kobietą?

-W naszej rodzinie nigdy nie było typowego podziału ról: dziewczyny robią na drutach, chłopcy grają w piłkę. Wolałam grać z chłopakami. Tak było zawsze w moim życiu. Chodziłam do szkoły dla chłopców – bo nie było technicznych szkół dla dziewcząt. Studiowałam fizykę i inżynierię, a podczas przerwy semestralnej pracowałam na budowie.

Kobiety prowadzą auto inaczej niż mężczyźni?

-Jadą z większym namysłem, powiedziałabym: chłodniej.

Nazywają panią „afrykańską królową”. Jak opisałaby pani swój stosunek do Afryki?

-Lubię wyjeżdżać z dobrze strzeżonej, przestylizowanej Europy. W Afryce w czasie rajdu ważne stają się podstawowe sprawy. Walczy się z zupełnie innymi problemami. Na tym polega dla mnie przygoda.

Z czego cieszy się pani najbardziej po zakończeniu rajdu?

-Z mojego własnego łóżka i wanny.

źródło – Del Spiegel

Leave A Comment