Shadow Edition, czyli doskonale znana prowokacja

Aston Martin DB11 Volante Shadow Edition (2020)

Produkując towary luksusowe, bardzo drogie i umówmy się – rzadko występujące, strategia działania nie wydaje się upiornie skomplikowana. Klienci są raczej przyzwyczajeni do pewnych standardów i wiedzą, czego mogą oczekiwać. Bilans jest prosty: firma przyczepia horrendalnie wysoką metkę z ceną, oferując produkt najwyższych, możliwych lotów, a dopieszczony, luksusowy klient płaci cenę bycia wyjątkowym. A gdyby ta sama firma chciała zarobić jeszcze więcej?


Weźmiemy pod lupę brytyjskiego Aston Martina i jego najnowszy produkt, bo to doskonały przykład tego, jak stosunkowo niewielkim nakładem sił odcinać wyższe kupony. Model DB11 jest z nami od mniej więcej trzech lat i trzeba przyznać, że to przykład cudownie pięknego i luksusowego GT, na które mogą sobie pozwolić tylko nieliczni, głównie ze względu na rachunek końcowy. Aston Martin to bowiem jedna z tych firm, które produkują mniej, ale bardzo starannie (czytaj: ręcznie), a na koniec dołączają bez skrupułów metkę z potężną ceną. Mój Boże, personalizacja kosztuje, praca człowieka kosztuje, wysokie gatunkowo materiały kosztują, 4.0 V8 od Mercedesa też kosztuje i ma 510 koni mechanicznych. Co więc zrobił Aston Martin? Stworzył limitowaną do 300 egzemplarzy wersję Shadow Edition modelu DB11, którą można zamówić w nadwoziu coupe i kabriolet (u Astona jako Volante), tylko co dostajemy w zamian? 20-calowe, polakierowane na czarno felgi, elementy potężnej maski w tym samym kolorze, oznaczenia w czarnym chromie, kierownicę obszytą na czarno, wykończenia z alcantary i anodyzowane plakietki.


Czy to dużo? A może inaczej: czy to wystarczająco, by uargumentować cenę 222 600 dolarów amerykańskich (w Kanadzie będzie jeszcze więcej, bo 256 900 dolarów)?

Patryk Rudnicki