Fiat Freemont Black Code 2.0 MultiJet II 170 KM AWD AT – AUTO TEST

2 marca 2015
tekst: Patryk Rudnicki, zdjęcia: Bartłomiej Urban
Fiat Freemont Black Code 2.0 MultiJet II 170 KM AWD AT

Siła Ameryki

Warszawa to nie Los Angeles, Kraków nie jest Nowym Jorkiem, a okazałemu pałacowi na ulicy Wiejskiej raczej daleko do Białego Domu w Waszyngtonie. Choćbyśmy przystrajali swoje mieszkania charakterystycznymi flagami z gwiazdkami, na klapę bagażnika Focusa Sedan przykleili oznaczenie Crown Victoria, natomiast w barze zamiast złocistego piwa zamawiali palące brandy, nie stworzymy atmosfery amerykańskiego snu. Żyjemy w świecie bezpiecznej prędkości, prawa, którego do końca nie rozumiemy i pozostawiających wiele do życzenia dróg, i dopóki nie zaopatrzymy się w stosowny bilet lotniczy, wspomniany stan nie ulegnie raczej żadnej zmianie. Ale czy rzeczywiście na parkingu Dworca Centralnego tudzież marketu OBI nie możemy zrobić sobie małego odwołania do amerykańskich tradycji (i wcale nie mówię o posiłku w restauracji McDonald’s czy pikiecie na rzecz uciśnionych Nowojorczyków… o ile w ogóle coś takiego istnieje)? Możemy, ale będziemy potrzebować np. odpowiedniego samochodu…


Charakterystyczna czerń

W świetle tak zamerykanizowanego wstępu aż trudno uwierzyć, że bohaterem niniejszej recenzji został Fiat. Romantyczny wieczór na wzgórzu z doskonale przygotowaną kawą i białą Pandą, z której jak na dłoni widać panoramę mrugających drapaczy chmur? No nie do końca. Brzmi to raczej niedorzecznie i takim właśnie jest, ale sytuacja zaczyna wyglądać odrobinę mniej kuriozalnie w momencie, kiedy na podmiejskiej, krętej drodze ustawimy Fiata Freemont w specjalnej wersji Black Code. Oczywiście mamy tutaj do czynienia z wielkim crossoverem zwieńczonym europejskimi znaczkami, ale o rozmiar właśnie tu chodzi. Duży, mieszczący siedem osób, przestronny i całkiem nieźle wyglądający dzięki czarnym elementom wspomnianej odmiany „kolos” (choć to delikatne nadużycie) – rodzinne uzupełnienie gamy Fiata „z doskoku” jest samochodem bez wątpienia interesującym. O designie Freemonta, którego z mocarnym, 3.6-litrowym motorem gościliśmy już w naszej redakcji dwukrotnie, pisać chyba nie ma większego sensu – wszak to przyzwoicie narysowany wagon, którego stopień szaleństwa (czy też polotu) delikatnie zwiększają czarne, 19-calowe felgi, pokryte identycznym kolorem lusterka zewnętrze (w przypadku czarnego lakieru nadwozia zupełnie tego nie widać) i grill oraz przyciemnione klosze przednich świateł. Freemont Black Code to dość rzadki widok – chyba jeszcze rzadszy niż samochód, od którego de facto przejął cały swój charakter (mowa o Dodge’u Journey)…


Smak Ameryki

Otwieramy drzwi i smagając nos delikatnym zapachem skórzanej tapicerki, zajmujemy miejsce na szerokim, eleganckim wręcz fotelu. Skóra w europejskim Fiacie za rozsądne pieniądze? Jak zostało powiedziane nieco wcześniej – no nie do końca. Wnętrze dość charakterystycznego Freemonta jakim jest odmiana Black Code to „miks” kilku dość zaskakujących jak na włoskiego producenta z Turynu elementów – odczuwalnej toporności, znakomitego wyposażenia (co nie znaczy, że pozostałe samochody Fiata to karoce wyposażone nawet w szybę) oraz klimatu jakiego nie posiadają Punto czy też 500L. Oczywiście jakość wykończenia odpowiada tutaj produktom amerykańskim, co oznacza mniej więcej tyle, że nie jest beznadziejnie ani też rewelacyjnie – jest przyzwoicie i ze stopniem miękkości poszczególnych plastików, który z pewnością usatysfakcjonowałby George’a niezajmującego się na co dzień projektami współczesnych mieszkań. Nachalnie dotykając deski rozdzielczej czasami coś zaskrzypi tudzież zatrzeszczy, miejsca w trzecim rzędzie siedzeń nie jest specjalnie dużo (można tam usiąść, jednak polecałbym tego typu podróż dzieciom lub osobom, których Stwórca obdarzył nieco mniejszym wzrostem), a obsługa świateł i wycieraczek jest realizowana za pośrednictwem jednej dźwigienki – kaprys inżynierów Fiata, brak funduszy na dopracowanie samochodu, a może niezrozumiała filozofia jednostki pozyskanej drogą „wymiany intelektualnej”?


Raczej żadna z tych rzeczy, Freemont po prostu taki ma być – toporny, ze skórzaną, „poduszkową” (czyt. miękką) tapicerką, wyskalowanym zarówno w milach na godzinę jak i kilometrach na godzinę prędkościomierzem (komputer pokładowy również może podawać jedną albo drugą wartość – w zależności jak wybierze kierowca) i typowo „amerykańskimi” światłami do jazdy dziennej czyli de facto ich brakiem (Fiat nie zmienił żadnych ustawień, toteż tryb AUTO na przełączniku świateł oznacza tyle, że w ciągu dnia nie świeci się zupełnie nic – dopiero po zapadnięciu zmroku włączane są automatycznie reflektory). Ma to swój bezapelacyjny urok, a pasażerowie drugiego rzędu – oprócz drzwi otwieranych pod kątem niemalże 90 stopni – mogą być zachwyceni umieszczonym w podsufitce odtwarzaczem „mobilnej rozrywki”. Szkoda tylko, że jego obsługa jest uzależniona od przedniego, wbrew pozorom łatwego w obsłudze i kwadratowego wyświetlacza.


Charakter ustawił warunki

Wydawać by się mogło, że tak czarna, bogato wyposażona (wspomnijmy jeszcze o naprawdę przyzwoicie grającym systemie audio firmy Alpine) i, może nie do końca świadomie, ukierunkowana na amerykańskie doznania wersja, otrzymała dobrze nam znany, 3.6-litrowy silnik V6 o mocy 280 KM, a tu jednak nie. Pod maską Freemonta Black Code pracował bowiem 2-litrowy, wysokoprężny, dość głośny, fiatowski MultiJet, który produkował 170 KM i 350 Nm maksymalnego momentu obrotowego. W połączeniu z napędem na obie osie i niskoobrotową charakterystyką diesla, którego klekot był jednak trochę cichszy po rozgrzaniu, dawało to nadzieję na ciekawy pojazd w dalekie podróże. Był jednak pewien problem…


Teoretycznie zaaplikowanie Freemontowi automatycznej, 6-biegowej przekładni było trafionym i nad wyraz pasującym do jego charakteru pomysłem, ale wrażenia z jazdy przypominały inteligentną konwersację przy drinku o nazwie Niebieski Topór, ale z pełnym pęcherzem. Komfortowe zawieszenie i mało precyzyjny układ kierowniczy nie były w tym przypadku zaskoczeniem. Ba, miękka charakterystyka dopełniona przyjemnymi tonami systemu audio i dostępną przestrzenią, stanowiły całkiem pozytywne doświadczenie, które skutecznie psuła wspomniana skrzynia. Pomijając dynamikę jednostki napędowej, która – gdyby nie „automat” – byłaby myślę lepsza, sześciobiegową przekładnię należałoby zaliczyć do grona wolnych, ospałych, często dość dziwnie dobierających przełożenia i nie stanowiących pewnego rodzaju jedności z kierowcą urządzeń. Oczywiście to wygodne rozwiązanie, niemniej jednak nie potrafiłem odnaleźć efektywności w kręceniu 2-litrowego MultiJeta do 3-4 tysięcy obrotów, gdzie nie miało to specjalnego odzwierciedlenia we wspomnianej dynamice, dlatego nienaciąganym określeniem byłoby myślę w danym przypadku słowo „beznadziejny”.


Podsumowanie?

Raczej tak – o Freemoncie można bowiem powiedzieć nie więcej niż o innych przedstawicielach danego segmentu. Z czego to wynika? Otóż propozycja Fiata jest porządnym, dobrze wyposażonym i przestronnym samochodem, a to, że w praktyce mamy do czynienia z „przebrandowanym” Dodge’em Journey, jedynie wpływa na jego charakter. Można by oczywiście narzekać, że oferta tytułowego Fiata nie obejmuje świateł do jazdy dziennej czy w dalszym ciągu chociażby ksenonowych reflektorów, zaś plastiki pod nieco mocniejszym naciskiem palca wydają z siebie czasami nie do końca pożądane dźwięki, ale to jak czepiać się początkującego koszykarza, że nie gra w lidze NBA – trochę pozbawione sensu. Fiat Freemont Black Code nie wyróżnia się na tle rywali (również cenowo np. japońskie Mitsubishi Outlander z 2.2-litrowym dieslem DID i „automatem“ w najbogatszej wersji Instyle Navi to obecnie wyjściowo 150 990 zł [cena promocyjna za rocznik 2014], koreańska i dodajmy nowa KIA Sorento w odmianie L z 2-litrowym silnikiem CRDi i automatyczną przekładnią to wyjściowo 152 900 zł, natomiast Hyundai Santa Fe w odmianie Premium 4WD z 2-litrowym motorem CRDi i dorzuconą nawigacją satelitarną to około 166 000 zł) – to po prostu kawałek Ameryki ze znaczkami włoskiego Fiata (i wszystkimi tego konsekwencjami) oraz „trudną” w obyciu, automatyczną skrzynią biegów z wyjątkowo długim trzecim przełożeniem, dlatego nie chcąc nikomu i niczego sugerować, zakończę w ten sposób: czasami próba wiernego odtworzenia amerykańskiego klimatu, może się zakończyć poczuciem niedosytu…

DANE TECHNICZNE Fiat Freemont Black Code 2.0 MultiJet II 170 KM AWD AT
Silnik / Pojemność turbodiesel / 1956 cm3
Układ / Liczba zaworów R4 / 16
Moc maksymalna 125 kW (170 KM) / 4000 obr./min
Moment obrotowy 350 Nm / 1750 - 2500 obr./min
Zawieszenie przód kolumny MacPhersona
Zawieszenie tył wielowahaczowe
Napęd 4x4
Skrzynia biegów automat, 6 biegów
Prędkość maksymalna 183 km/h
Przyspieszenie 0-100 km/h 11,1 s
Zużycie paliwa (miasto/trasa/mieszany) wg. producenta: 9,6 / 6,0 / 7,3 l/100 km
nasz test: 12,2 / 7,4 / 9,8 l/100 km
Długość / Szerokość / Wysokość 4910 / 1878 / 1751 mm
Rozstaw osi 2890 mm
Masa własna / Dopuszczalna 2014 kg / -
Bagażnik w standardzie 145 l (7 miejsc), 540 l (5 miejsc)
Bagażnik po złożeniu siedzeń 1461 l
Pojemność zbiornika paliwa 80 l
EKSPLOATACJA I CENA
Gwarancja mechaniczna 2 lata bez limitu kilometrów
Przeglądy wg. wskazań komputera
Cena wersji podstawowej 98 500 zł (2.4 16V 170 KM AT, Freemont)
Cena wersji testowanej ok. 153 000 zł (2.0 MultiJet II 170 KM AWD AT, Black Code)

Wszelkie prawa do publikacji bez zgody redakcji zastrzeżone!