Chevrolet Corvette Stingray Premiere Edition – celebracja w amerykańskim stylu

Chevrolet Corvette Stingray Premiere Edition

60 lat – to jak z dumą przyznać, że na tym świecie nie istnieją elementy zdolne do jakiegokolwiek zaskoczenia naszej osobowości, podkreślić swoje ogromne doświadczenie wynikające z ilości wiosen zapamiętanych przez skołatany codziennością umysł tudzież zaprezentować wszem i wobec odwagę absolutną przed nieznanym i tajemniczym jutrem. Słuszność danego wstępu niech każdy oceni indywidualnie – wszak macie tutaj do czynienia ze słowami wypływającymi nie z „autopsyjnych” przeżyć, a nieśmiałej definicji liczby, która brzmi wzniośle, dojrzale i niezwykle poważnie – tymczasem skupmy się na właściwym znaczeniu podanego związku wyrazów. Moi Drodzy – Chevrolet celebruje swoje tegoroczne święto (60-lecie rozpoczęcia produkcji tytułowego modelu) w iście amerykańskim stylu i nazywa go Corvette Stingray Premiere Edition …


Poważna okazja winna dysponować poważnym jej zwieńczeniem, a jak dana teoria wygląda w przypadku omawianej, jakby nie patrzeć, legendy motoryzacji? No cóż, ograniczona do 500 egzemplarzy wersja popularnej „Vetty” szału raczej nie robi – inżynierowie pokusili się bowiem o stosunkowo niewiele zmian, które owszem są ciekawe, ale nic ponadto. Zewnętrznie Premiere Edition otrzymało karbonowy dach (co zresztą doskonale widać, bowiem kompletnie pozbawiono go lakieru), atrakcyjną barwę nadwozia Laguna Blue Metallic, chromowane, aluminiowe obręcze z oznaczeniem „Stingray”, a także …, właściwie to na tyle. Środek samochodu prezentuje niewiele więcej – nakładki progowe z charakterystycznym logo „Stingray”, elementy z tak popularnego dzisiaj włókna węglowego, brązowe wykończenia z mikrofibry, a także specjalną plakietkę informującą o wersji i numerze konkretnego egzemplarza Corvette Stingray Premiere Edition. Chciałoby się powiedzieć: „Drogi Zarządzie Chevroleta – zmarnowałeś szansę na wyjątkowy pojazd, którego „imiennika” uwieczniłeś w historii motoryzacji za pomocą szybkiego (auto dysponuje pakietem Z51 Performance obejmującym np. suchą miskę olejową czy też aerodynamiczne dodatki nadwozia), ale mało wyróżniającego się odpowiednika z pięcioelementowym zestawem podróżnym …, który i tak do niego nie wejdzie”. Czy wobec tego unikalny numer VIN tudzież bogaty standard wyposażenia wystarczą, by przekonać szeroką klientelę do zabijania się o ostatnie egzemplarze?

Nawiązując do tytułu niniejszego artykułu jestem zmuszony zaprzeczyć – Premiere Edition to owszem celebracja wspaniałej, 60-letniej historii modelu Corvette, jednak nie w stylu amerykańskim (czytaj: niezwykle efektownym i zapadającym na długi czas w pamięci – czyli „z rozmachem”), a szalenie subtelnym, który do rodowitych „muscle carów” pasuje niczym Perodua Viva do majętnego biznesmena. A może to celowy zabieg zwracający uwagę na naturalne „piękno” świeżego Stingray’a?

Patryk Rudnicki