Rolls-Royce Wraith – cisza

Rolls-Royce Wraith

Wjechał niepostrzeżenie, jak opadająca ku wyczyszczonej posadzce chusteczka, smagany delikatnym wietrzykiem zielony listek bądź leżakujące na satynowej kołderce pióro, a zwiedzający genewskie targi motoryzacyjne ludzie szybko powyciągali aparaty fotograficzne. Co jest w nim takiego szczególnego? Dlaczego zwolennicy nie tylko brytyjskiego przemysłu samochodowego uznają dany model za najjaśniejszą gwiazdę szwajcarskiego salonu? Odpowiedź, jak mniemam, to zapewne prozaiczna konstrukcja kilku słów, myśl będąca absolutną oczywistością lub hasło na wskroś zaskakujące, acz z głęboko ukrytą prawdą – a może to po prostu Rolls-Royce Wraith …


Jedna rzecz nie ulega wątpliwościom – brzmiące stosunkowo dumnie tytułowe słowa to nic innego jak pełna, wyszukana nomenklatura dzisiejszego bohatera, który dysponując nadwoziem typu coupe wcale nie jest mały (5269 mm długości, 1947 mm szerokości, 1507 mm wysokości oraz 3112 mm rozstawu osi). Czy to Was dziwi? Raczej nie powinno – mimo że koncern wymyślił sobie zbudowanie najmocniejszego auta w długiej historii całej firmy i postanowił mu nadać taką a nie inną sylwetkę, to w dalszym ciągu Rolls-Royce – manufaktura produkująca olbrzymie kredensy z czasów wiktoriańskiej „Brytanii”, a że drogi niczym kontynent afrykański mebel zyskał dwukolorową karoserię, elegancką i nowoczesną zarazem stylistykę oraz masę 2360 kg – jakie to ma znaczenie? Zwróćcie uwagę na dopracowane w każdym szczególe detale, nobliwe wykończenia z drewna i wysokogatunkowej skóry, a także „ultrabogate” wyposażenie rozpieszczające niemal każdą część ciała swojego kierowcy (m.in. lampki w suficie, dwa iPady czy też zamykające drzwi odpowiednie przyciski) – my nadal poddajemy analizie konwencjonalny samochód dysponujący czterema oponami i klimatyzacją? Jak najbardziej – z tą tylko różnicą, że brytyjski Wraith nie pasuje do szarej codzienności krajowych „średniaków” – podobnie zresztą jak V12 Biturbo generujące w jego przypadku 6.6-litra pojemności, 624 KM mocy oraz skomplikowaną technologię, którą na co dzień ma ujarzmić 8-stopniowa, automatyczna przekładnia ZF gwarantująca 4,6 sekundy do „paki” i 250 km/h prędkości maksymalnej.


Rolls-Royce ma poważny dylemat – kreatywni inżynierowie dopięli oczywiście swoje postanowienia i zaserwowali całemu światu naprawdę mocne coupe o wielkości Volkswagena Passata, ale jak tytułowy model odnajdzie się w skąpanej kryzysem gospodarczym rzeczywistości? No cóż – bogata część społeczeństwa i tak już pewnie z mozołem zaciera ręce, a samochód? Jak cichutko pojawił się na targach motoryzacyjnych w Genewie, tak niepostrzeżenie przebrnie trudne warunki europejskiego życia …

Patryk Rudnicki