Lexus GS 450h F-Sport – AUTO TEST

Sen z wisienką

tekst: Patryk Rudnicki

zdjęcia: Rafał Rogowski

Zbliża się niebezpiecznie wieczór – czas, kiedy spowita jesienną aurą przyroda umiera, zaś jasny księżyc nieśmiało wygląda zza ciemnych chmur. Po sutej kolacji, ulubionym programie telewizyjnym i lampce białego wina każdy zafrasowany swoją codziennością człowiek układa się wygodnie do snu, by finalnie zasmakować krainy nierzeczywistej, nierealnej, acz pięknej, która momentami daje nam to czego bardzo pragniemy. Nie ma sensu przedłużać, bowiem jutro czeka każdego z nas codzienność, różne humory bliskich nam osób i, jak śpiewał pewien polski wokalista, dary losu, które przyniosą mocno negatywne lub pozytywne chwile. Czas zasypiać i śnić o nowym Lexusie GS 450h …

Lexus GS 450h

Lexus GS 450h

Lexus GS 450h

Lexus GS 450h

Na wyciągnięcie ręki

Umysł przeszedł już w stan głębokiego letargu, a ja nie czuję swojego ciała, które teoretycznie zostało gdzieś szalenie daleko. Liczy się ta chwila i rozpościerający swe lico japoński GS zalotnie świecący w moją stronę ciekawymi LED-ami do jazdy dziennej. Próbuję go dotknąć, ale nie mogę – najwyraźniej prezentowana limuzyna każe rzucić okiem na swoją dynamiczną aparycję co zresztą czynię z ogromną przyjemnością. Jestem niczym zwykły pionek rozstawiany po kątach, bowiem Lexus ma w tym śnie absolutną władzę. 19-calowe, grafitowe felgi, perłowo-biały lakier nadwozia, załamania, kanty i ostre linie nadające azjatyckiej „salonce” odrobiny sportowego wigoru oraz element myślę najważniejszy – pakiet F Sport gwarantujący iście agresywne ospojlerowanie z przednim „bumperem” na czele, a także kilka charakterystycznych oznaczeń co by nie mieć wątpliwości jaką odmianę „wymyśliła” sobie moja głowa. To nie jest BMW, Audi czy Mercedes (kontrowersyjnie wyglądający poprzednik także nie) – na pozór zwykłe obejście dookoła wspomnianego auta pozwala sobie klarownie uzmysłowić, że organizm pod narkotycznym działaniem snu ma do czynienia z czymś kompletnie innym, zaliczającym się co prawda do grona obrzydliwie kosztownych i napakowanych różnorakim wyposażeniem limuzyn, ale okraszonym zupełnie odmiennym charakterem i filozofią jego konstruktorów. Czy tak przedstawia się azjatycka wizja komfortu oraz godny europejskiej stawki rywal? Przenikający z oddali głos mojej uśpionej wyobraźni jasno mówi, że „TAK” …

Lexus GS 450h

Lexus GS 450h

Lexus GS 450h

Lexus GS 450h

Wewnętrzny sen

Spowity delikatną mgiełką GS uchylił „wrota” do swojego środka, ale szybko się okazało, że azjatycka limuzyna nie zrobiła tego do końca sama, bowiem zamki odryglował leżący na bladej dłoni kluczyk zbliżeniowy, a ja, nie wiedząc kiedy, stanowczo pociągnąłem za klamkę. Ciekawość oraz siła japońskiego prestiżu zawładnęły mną i kazały usiąść na wygodnym, obitym skórzaną tapicerką i elektrycznie regulowanym w kilkunastu kierunkach fotelu (dodatkowo przednie siedziska były podgrzewane i wentylowane). Pomyślałem: „Niezależnie od postury, wagi, dziwnej budowy czy dużych wymagań każdy powinien tutaj znaleźć miejsce dla siebie.” Obiekt moich sennych rozważań coraz bardziej przekonywał moje szalenie uparte „ja”, że to sensowna, przestronna, wykończona świetnej jakości materiałami (w tym również i skórą) oraz posiadająca multum tzw. „ekstrasów” propozycja godna rozpatrzenia i wiecie co – te elementy naprawdę miały odzwierciedlenie w przygotowanym do jazdy efekcie azjatyckiej myśli technicznej o imieniu GS.

Lexus GS 450h

Lexus GS 450h

Lexus GS 450h

Lexus GS 450h

Multifunkcyjna, niewielka i dobrze leżąca w dłoniach kierownica nadawała jasny sygnał: „Owszem, jestem limuzyną z Kraju Kwitnącej Wiśni i z największą przyjemnością skopię kilka niemieckich bagażników, ale miej również na uwadze moje drugie wcielenie – to znacząco bardziej rozbestwione.” Zatopiony w komfortowym fotelu powoli rozmyślałem nad tym przekazem „lustrując” jednocześnie rozbudowaną konsolę centralną z panelem od dwustrefowej, automatycznej klimatyzacji i potężny, 12,3-calowy ekran, za którego obsługę odpowiadała innowacyjna „mysz” na tunelu środkowym. Znajdując się w głębokim letargu miałem nadzieję na fantastyczną historię pozbawioną jakichkolwiek minusów i rozczarowań, ale takowe, może odrobinę tendencyjne i bez sensu, jednak nadeszły. Subiektywnie oczekiwałem trochę lepszej jakości wyświetlanego obrazu na ogromnym wręcz ekranie i nieco łatwiejszej obsługi wspomnianego elementu „zestawu komputerowego”, ale szczerze powiedziawszy rozkoszując się wygodnym miejscem, łechtającym wszelakie zmysły zapachem skóry i rewelacyjnym brzmieniem systemu audio firmy Mark Levinson miałem to po prostu gdzieś. W strachu przed końcem tej cudownej historii nacisnąłem przycisk „Power”, kierownica automatycznie podniosła się do góry, fotel przybliżył do przodu, a układ napędowy jasno zakomunikował gotowość do działania …

Lexus GS 450h

Lexus GS 450h

Lexus GS 450h

Lexus GS 450h

Senny ryk czy cisza?

W porządku, zagalopowałem się – pełen emocji i niesfornego, ludzkiego temperamentu chciałem usłyszeć clou całego programu, ale zdałem sobie sprawę, że w snach nic nie jest banalnie proste ani przypadkowe. Kontrolki w zegarach dały sygnał, że GS został odpalony, ale panowała absolutna cisza i nie mogło być inaczej jeżeli moja wyobraźnia dała mi możliwość obcowania z wersją 450h. Uruchomiony, 200-konny silnik elektryczny wykorzystywał wówczas energię zgromadzoną w akumulatorach co finalnie owocowało zerowym spalaniem i emisją szkodliwego dwutlenku węgla, choć w obliczu pełnej niespodzianek „wymyślonej” niejako rzeczywistości dane elementy miały iście marginalne znaczenie. Nie wierzyłem, że ten sen trwa nadal, więc pełen satysfakcji i jednocześnie drobnego lęku ustawiłem dźwignię bezstopniowej (o rany …) skrzyni w położeniu „D” i zacząłem nieśmiały cruising po wertepach fantastycznej bajki …

Aktywowany odpowiednim przyciskiem wyświetlacz Head-up szybko mnie poinformował, że osiągnąłem 64 km/h – wartość magiczną dla prezentowanego Lexusa, bowiem do tej pory przy akompaniamencie dźwięku kuchennego miksera japońska limuzyna używała tylko prądu, ale czas funkcji „ECO Mode” dobiegł końca – granica okraszona liczbą 64 obudziła 3.5-litrowe, benzynowe V6, które basowym pomrukiem wydobywającym się z …, no właśnie – nie wiadomo do końca skąd, bowiem odmiana 450h była pozbawiona tradycyjnych końcówek układu wydechowego oznajmiła, że etylina dociera tam gdzie należy. Korzystając z dobrodziejstw nowego Lexusa GS przestawiłem pokrętło trybów jazdy na pozycję „Normal” („Eco” było oszczędne, ale nudne) kontrolując jednocześnie wskaźnik zużycia energii, ale wówczas pomyślałem: „Mój sen, piękny skądinąd, niebezpiecznie chyli się ku końcowi, dlatego pójdę na całość …”

Lexus GS 450h

Lexus GS 450h

Lexus GS 450h

Lexus GS 450h

„Wajcha” skrzyni została przestawiona „na lewo” dzięki czemu zmiana przełożeń odbywała się teraz za pośrednictwem łopatek przy kierownicy, pokrętło musnęło tryb „Sport S” i wyświetliło finalnie napis „Sport S+”, wskaźnik zużycia energii zamienił się na klasyczny obrotomierz, a niebieskie podświetlenie zegarów zlikwidował kolor czerwony – na pół przytomny, ale świadomy każdego ruchu całkiem precyzyjnego układu kierowniczego uruchomiłem biksenonowe reflektory (właściwie zrobił to automatycznie komputer) i z pełnym impetem ruszyłem do przodu. Łączna moc obu jednostek dająca razem 345 KM niesamowicie efektywnie napędzała świeżego Lexusa gwarantując przy tym cudowny ryk sześciu cylindrów, natomiast stosunkowo twarde jak na komfortową limuzynę zawieszenie pozwalało dobrze kontrolować ten niemały przecież samochód w zakrętach. Nie ma co specjalnie ukrywać – GS to (pomijając rzecz jasna 19-calowe obręcze również ograniczające możliwości w filtrowaniu ubytków drogowych) sportowo nacechowane auto dające sporo frajdy z jazdy, zabawy z łopatkami i szybkich przyspieszeń wynikających z dużej mocy, ale notujące również przy dynamicznej jeździe ogromne spalanie rzędu 13-14 litrów (w mieście udało się osiągnąć granicę 10 litrów, średnio około 8, natomiast rekord z trasy to (przy wszystkich możliwych „eko-wspomagaczach”) 6,5 l/100 km) i niestety prowokujące smutną minę za sprawą bezstopniowej przekładni, która cudowny ryk motoru V6 potrafiła zamienić w nieustający wrzask torturowanego zwierzęcia …

Sen, który nie mija

Moja nocna podróż z japońskim Lexusem GS 450h F Sport powoli dobiega końca i choć zdaję sobie sprawę z faktu, że za moment przerwie go denerwujący gang budzika chcę poznać cenę tych sennych marzeń. 365 450 zł – dokładnie taką wartość podpowiada mi donośny głos, który słyszę w świetnie wygłuszonym wnętrzu „Azjaty”. Czy to dużo? Biorąc pod uwagę wyposażenie obejmujące 17-głośnikowy zestaw audio Mark Levinson, 12,3-calowy, multimedialny system z nawigacją, skomplikowany, acz mocny układ napędowy, automatyczną, dwustrefową klimatyzację, do bólu komfortowe i skórzane fotele czy też ceny bezpośredniej konkurencji (podobnie skonfigurowane BMW ActiveHybrid 5 – ponad 380 000 zł, Mercedes E 350 BlueEFFICIENCY Avantgarde – około 384 000 zł; jedynie Audi A6 Limousine Hybrid kosztuje mniej więcej 332 000 zł) chyba raczej nie, ale musimy mieć świadomość na jaki samochód chcemy się finalnie zdecydować. Nie każdemu pasuje skrzynia typu CVT, mała „konfigurowalność” japońskich aut, design lub po prostu charakter danego GS-a, a takie właśnie elementy finalnie decydują o zakupie wymarzonego (bądź chociaż odpowiedniego) wozu.

Ja „śniłem”, nieśmiało dotknąłem azjatyckiego kunsztu Lexusa pozycjonowanego w klasie Premium i w rozsądnych granicach dałem się porwać jego elegancji i sznytowi widocznego sportu. Jak na razie hybryda tytułowego koncernu jest ciekawą alternatywą dla głównie niemieckiej konkurencji spod „brandu” Mercedesa, Audi oraz BMW – na razie, bo tak naprawdę czas zweryfikuje jej sens i rzeczywisty popyt wśród wymagającej klienteli, choć GS, mimo całej sympatii oraz dopracowania, pozostanie myślę ciekawostką w bogatym świecie europejskich limuzyn. Lexus nadal broni się niestety przed silnikami wysokoprężnymi, oferuje mocno denerwującą, bezstopniową skrzynię i uchodzi za dalekiego „przybysza”, na którego lico spogląda się z niewielką dozą zaufania. Mimo to, wypełniony japońskim klimatem i obojętny na subiektywne uszczerbki danej limuzyny, obudziłem się szczęśliwy, pełen nadziei i wypoczęty, choć szybko zdałem sobie sprawę, że za oknem wciąż jest ciemno, a ja śniłem tylko godzinę …

DANE TECHNICZNE LEXUS GS450h

silnik / pojemność

benzynowy 3456 cm3 / elektryczny 650V

układ / liczba zaworów

V6 / 24

moc maksymalna

benz. 215 kW (292 KM) / 6000 obr/min

elek. 147 kW (200 KM)

moc obu silników łącznie: 254 kW (345 KM)

moment obrotowy

benz. 352 Nm / 4500 obr/min

elek. 275 Nm

zawieszenie przód

Double Wishbone (rodzaj zawieszenia niezależnego)

zawieszenie tył

wielowahaczowe

napęd

tylny

skrzynia biegów

bezstopniowa sterowana elektronicznie

(E-CVT)

prędkość maksymalna

250 km/h

przyspieszenie 0-100 km/h

5,9 s

zużycie paliwa*

wg. producenta: – / – / 6,2

nasz test: 10,2 / 7,0 / 8,2

dług. / szer. / wys.

4850 / 1575 / 1455 mm

rozstaw osi

2850 mm

masa własna / dopuszczalna

1825-1910 / 2325 kg

bagażnik w standardzie

465 l

bagażnik po złożeniu siedzeń

pojemność zbiornika paliwa

66 l

EKSPLOATACJA I CENA
gwarancja mechaniczna

3 lata lub 100 tys. km

przeglądy

co 15 tys. km

cena wersji podstawowej

199,900 zł (GS 250)

cena wersji testowanej

365,450 zł

*miasto/trasa/cykl mieszany (l/100 km)

Wszelkie prawa do publikacji bez zgody redakcji zabronione!